Jak zamieniłam kanapę na rower szosowy :)

Napisany przez dnia Listopad 3, 2017 w Na rowerze | 0 komentarzy

Końcówka roku nadchodzi dużymi krokami. I chociaż na foto podsumowanie przyjdzie jeszcze czas, to nadszedł idealny moment na spojrzenie sobie prosto w oczy 🙂

Docierają do mnie sygnały, że wiele z Was patrzy i widzi moją „przemianę”, a moje foty zachęcają, żeby wsiąść na rower, to miłe, dlatego zapraszam na dodatkową porcję motywacji, może jeszcze kogoś przekonam 🙂 Zatem…

…zatem zacznijmy od tego wymownego kolażu zdjęciowego pokazującego dwie Mońcie 🙂

Rok 2015 i 2017 😀 Świadoma chęć zmiany, co prawda nastąpiła równiutko rok temu, ale nie doszukałam się aż tak kompromitujących zdjęć jak z 2015. Poza tym w 2016 mój światopogląd zaczął się już zmieniać.

Ciekawe jest to, że na obydwóch zdjęciach ważę tyle samo 😀 Tak! można być chudym i chudym 🙂

Tyle w zasadzie powinno wystarczyć niezdecydowanym czy warto zacząć coś ze sobą robić i czy nie jest na to za późno 🙂 Kochane/ni warto i nigdy nie jest za późno. Ja to zrobiłam nie tylko dla swojego ciała, ale przedewszystkim psychiki!

 

No dobra to jeszcze jedno, a co 🙂 Diametralnie różnie wyglądają teraz moje zimy 🙂 W zdjęciu po lewej brakuje jeszcze miseczki z budyniem… 🙂

 

 

Pośmialiśmy się, to do konkretów, bo samo się nie zrobiło!

Nie było tak, że wstałam któregoś dnia i stwierdziłam „treaz Mońciu będzięsz #fitgirl i #bikegirl i pokażesz to wszystko na insta…”, po prostu zostałam namówiona na kupno roweru szosowego, bo podobno miałam potencjał 🙂

Ale potencjałowi trzeba było pomóc i tak równo rok temu wylądowałam na spiningu w łódzkim FitFabric. Pamiętam jak dziś, bolało 🙂 Szczerze, myślałam, że po roku jazdy mtb w ilości trochę większej niż przeciętny zjadacz chleba, moja kondycja jest w niezłym stanie. 

Myliłam się i to bardzo 🙂

Trochę pocieszającym faktem było to, że Kuba, który na rowerze jeździ całe życie wyszedł z tych zajęć równie zmasakrowany co ja. Z tym, że mnie zmasakrowało, bo kompletnie nie miałam formy, a Kubę, że trzeba było jechać w rytm muzyki, a jemu słoń nadepnął na ucho. Poza tym co ma jazda na rowerze do jazdy w rytm muzyki… ano ma 🙂

Poza fizycznym zmasakrowaniem, uświadomiłam sobie, że Fit Bike jest zdecydowanie moim światem (nie ma układu tanecznego), wkręciłam się na maksa, najpierw w spining, potem w fitnesy i na końcu w szosę.

Teraz szybki spojler do kogo na ten spinnig iść (FitFabric Zielona), żeby się nie zdemotywować. Jak źle traficie to może się skończyć na jednym razie. Rodzajów prowadzenia spiningów jest tyle ilu trenerów. Do tego dochodzi ich gust muzyczny, który choć trochę musi pokrywać się z Twoim. Dla mnie nie ma nic gorszego niż godzina lub dwie jazdy do techno łupanki a miałam wątpliwą przyjemność tego doświadczyć. 

Wybrałam dwie trenerki Asię z Joanna Jump&Bike i Anię z FOODluz. Są to dziewczyny, które absolutnie rożnie prowadzą spiningi. U Asi zrobiłam wytrzymałość, zwiększyłam wydolność i wzmocniłam core. Asia na swoich zajęciach daję mega dawkę energii od siebie, jest super pozytywną osobą. Nigdzie, nigdy i przy niczym nie wylałam tyle potu co u niej 🙂 Jednym słowem idealne cardio.
U Ani pracujemy na obciążeniach i dokręcaniu mocy, jest więcej jazdy w siodle, więc siłę na początek sezonu macie zagwarantowaną. Poza tym Ania jest dietetyczką, więc wraz z treningiem może zająć się Waszą dietą. Wykluczyłam wszelkie fitnesowe propozycje spiningu w średnich tempach, ale jak zaczynasz z zupełnie zerowego poziomu to można spróbować. Ważne, żeby się nie demotywować na początku, że nie jesteś w stanie jechać na stojąco całą godzinę, wszystko przychodzi z czasem. Liczy się żeby zacząć! Ja do satysfakcjonującego poziomu dochodziłam dwa miesiące przy częstotliwości 3 razy w tygodniu. Satysfakcjonujący poziom to taki, że wytrzymuje pedałując na stojąco całe zajęcia i nie łapie zadyszki a po wyjściu nie rzucam się na słodki batonik bo mi poziom cukru spada poniżej funkcji życiowych ;p

Jak już ogarnęłam FitBike to było mi za mało wysiłku fizycznego i postanowiłam odkryć co jeszcze proponuje mój ulubiony fitnessclub. Tu sytuacja była analogiczna, przetestowałam rożne typy zajęć i wyeliminowałam te z układami choreograficznymi 😀 Stanęło na Pumpie (ćwiczenia siłowe z lekkimi sztangami) i Tabacie oraz obowiązkowo doszedł stretching. Pump i Streching jest bezkonkurencyjny u Pati z Roma_fit.

Tu pewnie padnie nie jedno pytanie dlaczego nie poszłam na siłownie albo crossfit 😉 Bo nie lubię 🙂 po prostu siłownia jest nudna a crossfit za ciężki (chyba). Wolę pocić się drużynowo z innymi Grażynami ;D

I tak zleciała cała zeszła zima w ciepłym, miłym FitFabric. W lutym pojechaliśmy po rower i zaczęło się odliczanie dni do wiosny i bike fitting (o tym będzie w osobnym poście). Pierwszy raz wsiadłam na szosówkę, kiedy temperatura nie przekraczała 10 stopni i wiał jeszcze zimowy, nieprzyjemny wiatr. Naprawdę mało brakowało, żebym się zniechęciła (tak u mnie to niestety szybko następuje, ale walczę z tym ;p) Umarłam z zimna na tym rowerze i przerażał mnie ruch samochodowy. Pamiętam, że nie przekroczyłam wtedy chyba zawrotnej prędkości 20 km/h. Dramat. Przełomem w miłości była majówka w Beskidzie Niskim. Trochę bolało, wiadomo, góry, pierwszy raz i jeszcze nie ten mental, ale fizycznie dałam radę a taki był cel. Przez cały późniejszy sezon nie jeździłam tak uroczymi asfaltami 🙂  

Z kolejnymi miesiącami i stówkami było coraz lepiej i cieplej 🙂 Pierwszy sezon zamknęłam ponad 3 000 km i 43 000 m przewyższenia, paroma QOMami, super figurą ;p i mega pozytywnym stanem psychicznym. W Stravovwych rankingach na podjazdach jestem w pierwszej połowie stawki lub gdzieś na początku i odwrotnie na zjazdach ;p  Nadal mam problem z zakrętami (ale z tym mam problem bez względu na rodzaj dwóch kółek), chociaż moje skręcanie w maju i wrześniu to kolosalna różnica 🙂 Wole jeździć sama lub max we trójkę (z Kubą i Pawłem zawsze są QOMy ;p) i permanentnie mylę lewo z prawym, ale jak na pierwszy sezon jaram się jak małe dziecko i czuje niedosyt. 

Mam nadzieję, że chociaż trochę przekonałam Was, że jednak warto robić coś więcej niż przesiedzieć życie na kanapie lub w pracy… 🙂

Nie zamierzam nikomu wmawiać, że rower szosowy jest najfajniejszy na świecie, bo pewnie nie jest. Dla mnie jest najoptymalniejszy i daje mi najwięcej przyjemności z jazdy wiadomo #szosajestkobietą :). Lubie bielskiego Twistera i nasze łódzkie łagiewniki na Rumorku, ale ten rok należał zdecydowanie do asfaltowych przełęczy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress